Wspomnienie - z ok. 1967 r.      (  zdjęcia  pochodzą. z różnych lat   -  Archiwum  Bagrów  )

                  Było  gorące  lato  1967  -  byliśmy  jeszcze  w podstawówce  ( VI - klasa ).

Często jeździliśmy na rowerkach ( średnich -24 cale) na Bagry - na Bezchlebie. Główna trasa prowadziła pod torami
od stacji Czekanów Śl.. Po drodze mijaliśmy mały kolejowy dom mieszkalny - po prawej - na międzytorzu -
przed wiaduktem Piaskowni. Domek ten był otoczony ogródkiem i drzewami owocowymi. Ludzie tam mieszkający
mieli dojazd przez tory w pobliżu wiaduktu. Niezapomniany był widok - na otoczenie tego domku - z wiaduktu.

Ostatni mieszkańcy wyprowadzili się pod koniec lat 60-tych i później domek ten uległ rozbiórce. Na tym odludziu,
prawdopodobnie z powodu braku dojazdu ( zimą głębokie zaspy przy torze ) nikt tam już nie chciał mieszkać. 


Wielką atrakcją dla młodych chłopców była wyprawa na Bagry - przez las Czekanowski - rowerami obok
prastarej lipy - gdzie były ślady starej osady - i była tam studnia zrębowa w zagajniku ( dawny folwark -Katharinenhof )



Miejsce to było przez wiele lat - ulubionym przez Romów - miejscem postoju ich taborów ( pitna woda ).
Pamiętamy te obozowiska i dużo małych dzieci romskich - oraz ich codzienne zajęcia - przy ognisku. Udawaliśmy się tam tylko w grupie.
Pamiętam jak wracaliśmy z pełnymi menażkami jagód - i kilkoro dzieci romskich - prosiło nas  o trochę jagód.
My nie mogliśmy zrozumieć - skoro mieszkają przy lesie - to mogą sobie same nazbierać jagód.
- i - nagle rączki tych dzieci - wbiły się w te nasze jagody - i trzeba było wiać jak najszybciej z tam tąd. Prawdopodobnie
dzieci romskie - nie mogły same opuszczać obozu  i pójść do lasu - na jagody. 



Na końcu tej drogi - przez Las Czekanowski - była Wielka Buda Taneczna - przy osiedlu w Bezchlebiu. Buda ta
stanowiła  - doskonałe miejsce odpoczynku  i  postoju - w upale  lub  w czasie ulewnego deszczu  latem.

Tradycyjnym miejscem - obozowania taborów Romskich - był zagajnik brzozowy - na skraju Bagrów - przy drodze
ze stacji PKP - do Osiedla Piaskowni - Wszystko co potrzebne - było w pobliżu - w szczególności - możliwość kąpieli

Trzecią atrakcyjną trasą ( pieszą ) - było przejście wzdłuż płotu -przez las - wprost na mały Staw i dalej na Afrykę.
W tamtych czasach trasa ta była przetarta - przez całe rody Hołdziorzy - jako najbliższe dojście przez las - do Hałdy.

Pewnego gorącego popołudnia - poszliśmy pieszo we dwóch - przez las - skrótem pod płotem - na Afrykę.
I nagle pod wieczór - rozszalała się ponad Afryką - straszna burza - z całą kanonadą piorunów.
Mieliśmy z sobą mały sklejony z folii ( po ubraniach ) namiocik - rozbiliśmy go szybko na plaży i chcieliśmy przeczekać
w ten sposób ulewę. Waliło tak okropnie - jak w samym środku poligonu - A to echo tak się odbijało - po różnych skarpach 
i zatokach Bezchlebia

My - chłopcy - zawsze  odważni - nabraliśmy wtedy stracha - pomyśleliśmy , że - woda tak przyciąga te pioruny.
Ale siedzieliśmy jak śledzie - pod tą folią . Burza ustała dopiero pod wieczór - pobiegliśmy szybko - do Budy 
Tanecznej - na Osiedlu, - jeszcze przez dłuższy czas przechodziły fale deszczu - uspokoiło się dopiero ok 21 godz.

O tej porze - nie mogliśmy już wracać przez Las Czekanowski ( było już ciemno i baliśmy się ) - więc poszliśmy - pod torami 
- w kier. na stację  Czek.Śl. W tamtym czasie cała droga pod torami była gliniasta ( nie przesypana żużlem ) - więc z trampkamii w ręku, 
brnęliśmy w głębokich kałużach - na wprost przed siebie w całkowitej ciemności - ale pamiętam , że woda w tych kałużach - była bardzo ciepła !

Wróciliśmy do domu ok. 22,30 g. i nikt się nawet nie zdziwił - w tamtych czasach - wracało się latem o zmroku
( tj. ok. 22 g. ) - a czasy wydawały się bezpieczne ( może dla chłopaków )


Rok później - w 1968 ( VII -klasa ) - mój kolega Władek - powiedział mojej mamie - że wyprawiają się na biwak
na Bezchlebie razem ze - swoim wujkiem. Swojej mamie powiedział, że wybierają się na biwak razem z - moim wujkiem.
Na końcu okazało się, że tym wujkiem jest nasz starszy ( o 3 lata ) kolega - Krzysiek ( mój sąsiad ). 

W tamtych czasach  młodzi chłopcy  posiadali często  sprzęt z czasu wojny  - stare plandeki  i  różne menażki
Namioty rozbijało się - przez napinanie plandeki rozpiętym sznurkiem pomiędzy drzewami  i  podpierało się to - patykiem.

Kolega Władek - posiadał sprzęt biwakowy - jeszcze z - 'Wehrmachtu' -  Jego kuchenka benzynowa ( w kształcie wysokiej puszki ) -
wywaliła nam się przed namiotem - wytworzył się nagle - bardzo silny -długi na 1 metr płomień.
Na szczęście kuchenka ta wywaliła się na przeciwną stronę - inaczej spłonął by nasz namiot doszczętnie.

Po wodę pitną - chodziliśmy do źródełka - na przeciwko wyspy Kolorado. - Albo nabieraliśmy ją - do przegotowania - ze środka jeziora.
- małe ognisko do późnej nocy - natomiast w nocy spaliśmy z małymi toporkami przy materacu - i nasłuchiwaliśmy wszelkiego szmeru 
- w obawie przed zakradającymi się  Hołdziorzami . 

W ten sposób spędziliśmy tam -cały tydzień . Młodsi bracia dowozili nam prowiant na rowerkach !



Rozbiliśmy się na końcu długiego języka - przedniej części Afryki  . Było wspaniale - środek lata   - w około ciepła woda , 
mogliśmy pływać przez cała dobę ( pamiętam skoki o zmroku - do ciepłej wody - z rozbiegu - wprost z wysokiego brzegu ) 

((  Nasi rodzice na pewno dowiedzieli się o wszystkim - uznali ,że jesteśmy - w trójkę - dostatecznie dorośli i bezpieczni 
natomiast - rodzice Władka - chyba nigdy się nie dowiedzieli - że tym dorosłym wujkiem - był nasz 17-letni  kolega  ))